poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Infiltracja Filtrów, czyli podróż do krainy kawy...

Lwią część wczorajszego dnia spędziliśmy w domu i dopiero późnym popołudniem wyszliśmy 'na miasto' ;). W lodówce pustki, ale M ma tę cudowną właściwość, że potrafi wykreować pyszne dania z niczego.
Poniżej zapiekane pitty z serem, pomidorami i cukinią.


M nalegał na odwiedzenie Filtry Cafe, bo podobno to Mekka kawoszy ;).
Kiedy tam dotarliśmy lokal był prawie pusty. Jeden pan krecił się przy ekspresie (barista?), drugi układał na nim czyste filiżanki, a my siedzieliśmy i siedzieliśmy... o 'suchym pysku'. Próbowaliśmy zamówić coś przy barze, ale odesłano nas do stolika. Podobno ktoś miał się nami zająć, ale minęło kolejnych kilkanaście minut i żaden super bohater się nie pojawił, więc musieliśmy jeszcze raz o sobie przypomnieć. 
Bardzo lubię wyluzowanych ludzi, ale nie chcę się czuć w kawiarni jak piąte koło u wozu. Zero komunikacji, zero chemii. Może panowie mieli zły dzień?

W końcu udało się nam zamówić małe latte (całkiem słusznych rozmiarów) i lemoniadę. Kawa aksamitna w smaku (100% arabiki z Etiopii), nie przepalona, dobrze zaparzona i ładnie podana ale letnia (!). Pan mętnie tłumaczył, że tak trzeba. Mnie się jednak wydaje, że sztuką jest mleka nie przegotować, ale też podać kawę gorącą. Lemoniada była bardzo dobra. Prawdziwa mięta w dużej ilości, do tego dwa duże kawałki cytryny, lekko gazowana woda, a wszystko to podane przyzwoicie schłodzone.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz