poniedziałek, 11 listopada 2013

Spóźnione Halloween.

Long time no see, jak to mowią. Porwało nas zycie i tysiące różnych problemów ;). Już jednak jesteśmy i obiecujemy częsciej się pojawiać.

Długi weekend wyzwolił w nas dodatkową energię, dlatego wczoraj wieczorem przygotowaliśmy ciasto na dyniową brioszkę. Przepis pochodzi jak zwykle z Kwestii Smaku. 

Ciasto zagnietliśmy wieczorem poprzedniego dnia, bo naszym marzeniem było uraczyć się gorącą brioszką prosto z piekarnika na śniadanie. Oczywiście, kiedy doda się czas na ocieplenie ciasta wyjętego z lodówki, a pózniej na jego wyrośnięcie, okazuje sięże i owszem można ją podać na śniadanie ale raczej to drugie i definitywnie późne ;). Pomimo wszystko, brioszka jest tak pyszna, że warto zmierzyć się z tym przepisem. Jeśli nie macie pewności co do świeżości drożdży, to warto użyć suszonych, bo zaczyn musi wyrosnąć bardzo szybko, aż do stworzenia gęstej piany. Jeśli zaczyn nie wyjdzie Wam idealny, najlepiej zrobić kolejną jego porcję.

Przyznajęże brioszka jest naprawde pracochłonna i przepis należy do trudniejszych (o ile oczywiście brak Wam obycia z ciastami drożdżowymi), ale efekt końcowy jest typu 'wow', po prostu nie można się jej oprzeć. Nasza porcja zniknęła błyskawicznie. 

Z przepisu wychodzą dwie keksówki bułeczek. Jedną z nich nadzialiśmy konfiturami, drugą zdecydowaliśmy się upiec 'na sucho', bez nadzienia.





Tutaj link do przepisu - dyniowa brioszka. Ostrzegam, że ilość mąki podana w przepisie nie wystarczyła i musiałam jej dodać znacznie więcej. Pomimo wszystko bułeczki wyszły miękkie, bardzo puszyste i delikatne.







poniedziałek, 16 września 2013

Cześć, dajcie coś zjeść! ;)

Kilka miesięcy temu natknęłam się na Grzybowskiej na nową klubokawiarnię o miło brzmiącej nazwie 'Cześć', ale na lunch trafiłam tam dopiero niedawno. Miejsce na przekąskowy biznes idealne, jako że położone w biurowym zagłębiu Warszawy. 
Wystrój raczej typowy dla klubokawiarni, niedbały i na luzie. 
Osobiście myślę, że przydałoby się nieco rozjaśnić wnętrze, bo samo umiejscowienie w bramie sprawia, że wpada tam mało swiatła. 

 

 

Na wstępie zaskoczył mnie niewielki wybór przekąsek. Z zup do wyboru było jedynie… leczo z wkładką mięsną. Po namyśle zamówiłam małe pannini z tuńczykiem i rukolą. Zapytana o sos, wybrałam łagodny i już po chwili na stoliku pojawiło się panini. 

Chciałabym napisać o nim coś dobrego, więc zacznę  może od tego, że nie było niesmaczne… Trudno byłoby je jednak określić jako pyszne. Ot, chrupiąca bułka z tuńczykiem, kilkoma plasterkami pomidora i rukolą. Zabrakło przysłowiowej kropki nad 'i', tajemniczego składnika, który zamieniłby chrupiącą bułkę w skończone danie. Może odrobina czerwonej cebuli, może kilka oliwek, kapary? A może odrobina suszonego pomidora w oleju, żeby podkręcić smak? 
Rozumiem też, że jedynie duże pannini jest podawane z sałatką, ale kilka listków bazylii czy odrobina kiełków do ozdoby zdecydowanie nie zaszkodziłyby wizualnie kanapkom.
Sos podany do pannini okazał się raczej ostry niż łagodny, ale na plus muszę zaliczyć fakt, że był to prawdziwy sos pomidorowy i za to niech będzie im chwała ;).



Kawa była naprawdę dobra, choć przyznaję, że można by poprawić sposób jej podania, bo osobiście nie znoszę, kiedy pianka w latte jest beżowa a nie mleczna. Przypomina mi to zimowe roztopy i nie jest to pozytywne skojarzenie.
Obsługa miła, zaangażowana. Niezły wybór ciekawych piw, ale oczywiście w godzinach lunchu mogłam jedynie obejść się smakiem.
Miejsce naprawdę ma potencjał, ale na lunch tam zbyt prędko nie wrócę ;).

sobota, 7 września 2013

Włoskie zmigdalenie.

Po sernikach w słoikach nabrałam ochoty na więcej
Wprawdzie mam sprawdzony przepis na pyszne sernikobrownie, ale tym razem miałam ochotę na coś delikatniejszego, waniliowego... 
Ponieważ ostatnio jestem bardzo zajęta, zastanawiałam się czy zakup sernika nie byłby najłatwiejszą opcją. Zapewne byłby, gdybym wiedziała, gdzie w Warszawie można trafić na naprawdę dobry serowy wypiek, ale to zaiste nie jest takie proste... W stolicy stołujemy się słodyczowo w dwóch cukierniach, ale jedna z nich specjalizuje się głównie w ciastach bezowych i tortowych a druga, choć ma znacznie bogatszą ofertę, rozczarowała nas ostatnio okrutnie croissantami z migdałami, które były zupełnie niejadalne. Sprzedaż takich wypieków powinna byc karalna. Serio.
Dlatego, choć przedsiewzięcie ze względu na całkowity brak czasu było dość karkołomne, postanowiłam sama upiec sernik.

Po krótkich poszukiwaniach mój wybór padł na sernik z ricotty z migdalami i wanilia. Przepis oczywiście znalazłam na Kwestii Smaku.

Bardzo lubię ciasta, których pieczenie wymaga mało gimnastyki, a rezultatem jest wypiek jak z najlepszej cukierni w miescie. Sernik z ricotty z migdałami jest właśnie takim typem ciasta. Przygotowanie spodu jest niezwykle proste, a wykonanie masy serowej jeszcze łatwiejsze. A sam wypiek? Rezultat zwala z nóg i tak właśnie być powinno!

Na zdjęciach widaćże nie pozwoliliśmy mu poleżeć w lodówce. Schłodzony kroi się duuużo lepiej ;). 
Ciasteczka widoczne na zdjęciach to amaretti, z których wykonana jest baza sernika. Warto się w nie zaopatrzyć, choćby jedynie dla tego przepisu, bo dają temu ciastu naprawdę niezwykły smak.

Smacznego!


niedziela, 1 września 2013

Rarytasy zostały w domu...

Mysia w Warszawie to adres typowo modowy. Pod nr 3 znajduje się luksusowy dom handlowy osadzony w nowoczesnych industrialnych wnętrzach. 
Jak wiadomo, moda i jedzenie zwyczajowo się wykluczają, ale nie tym razem, kiedy to na Mysiej odbywał się mini festiwal jedzenia Rarytasy Spod Lady.
Dowiedziałam się o tym stosunkowo późno (drugiego a zarazem ostatniego dnia wydarzenia), ale postanowiłam wpaść choćby na chwilę, bo okazji do poznania nowych smaków nie należy ignorować ;).

Być może to co tam dzisiaj zostałam, to były już popłuczyny festiwalu, ale przyznaję - działo się raczej niewiele. Zapowiedzi szumne, a na miejscu niewielki wybór cydru i do
ść drogiego wina, burgery, kanapki, serniki w słoikach (to swoją drogą fajny pomysł na słodką przekąskę!) i kilka wegańskich dań. No i kawa oczywiście, na szczęście dobra. Uffff...
Nic nie kusiło, nic nie nęciło. Nie znalazłam tam żadnej smakowitej prowokacji, a szkoda, bo odrobina prowokacji w modzie i w jedzeniu nie zaszkodzi. 
Miałam nadzieję na więcej, ale być może to nie ostatni taki festiwal w tym miejscu?
I niech to nie będzie mini festiwal, bo wydaje się, że w tym sezonie jest moda na maxi ;).





sobota, 31 sierpnia 2013

Przepraszam, to tu!

Bywa, że miejsce staje się ofiarą własnej popularności. Warszawa pełna jest klubokawiarni, które albo właśnie są 'trendi' albo wychodzą z mody. Co chwilę też, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowe miejsca, a sądząc po okupujących je tłumach ciągle jest ich jakby za mało
W Pardon To Tu bywałam, kiedy miejsce było jeszcze naprawdę mało popularne, żeby nie napisać – nieznane. W czwartek wieczorem postanowiłam odwiedzić je znowu, trochę z ciekawości, a trochę na potrzeby bloga.

Miejsce do siedzenia na zewnątrz zdecydowanie się rozrosło, wprost proporcjonalnie do tego ile stolików i krzeseł ubyło ze środka. Piękny ciepły wieczór, w tle trwający festiwal Kultury Żydowskiej. Po prostu miejsce idealne.
Zamówiłam cydr i siadłam przy jednym z 3-4 stolików znajdujących się wewnątrz. Dookoła mnie rozpościerała się jak okiem sięgnąć pusta podłoga. Pod ścianami jakby od niechcenia przycupnęło kilka stolików. Czułam się ciut nieswojo, bo wokół mnie kłębili się ciągle jacyś ludzie, chyba głównie turyści. Pusta przestrzeń dookoła stolika zachęcała do stawania i rozglądania się. Może nawet mogłabym uznać, że byłam częścią performance'u Mariny Abramowic i tak po prostu miało być, z tym że jej za gapienie się tłumów płacą, a tu ja płaciłam za to, że na mnie się gapiono. Niby mała rzecz, a naprawdę robi kolosalną różnicę ;).
Obsługa miła i w miarę zorientowana na klienta, bo Pardon To Tu reprezentuje przyzwoity poziom. Przydałoby się trochę uśmiechu, ale jak piszę, właściwie nie ma na co narzekać.
Miejsce na wskroś kulturalne, do wyboru do koloru – koncerty, księgarnia, sklep z płytami. Każdemu według potrzeb. A na dodatek sprzedają własne przetwory!




Zamówiłam focaccię z karczochami i papryką, i zaświadczam wszem i wobec – focaccia w Pardon to Tu jest dzisiaj równie dobra jak przed wiekami. Cienkie, dobrze wypieczone ciasto i ogromna ilość warzyw. Pyszna!



Jedna uwaga, a wlaściwie dwie – przygotowywanie jedzenia gołymi rękami oraz nieprzykrywanie go niczym, choćby kawałkiem pergaminu, jest ciut passe. Przy barze kłębią się ludzie, ktoś moze kichnąć, ktoś moze kaszlnąć, po kawiarni biegają psy... Wiadomo o co chodzi.


Na deser zjadłam ciasto ze śliwkami i przyznam, że było bomba! Zdecydowanie najlepsze ciasto ze śliwkami, jakie jadłam od wielu lat, a ja naprawdę jestem wybredna. Przyzwoita porcja w przyzwoitej cenie. Miękkie, wilgotne, z rozpadającymi się w ustach owocami, nadmienię że z prawdziwymi śliwkami a nie konfiturą. Nie za słodkie, nie za kwaśne, po prostu idealne.



Dla pewności wczoraj poszłam tam jeszcze raz (zaciągnęłam koleżankę ;)), zjadłam tę samą focaccię i to samo ciasto, i tym razem popiłam je Yerbatą. Nadal były genialne, więc to nie sprawka cydru ;).

czwartek, 29 sierpnia 2013

Cytrusowy zawrót głowy :)

Dzisiaj będzie o Inie Garten, którą skrycie uwielbiam, jako że jest kobietą, która nie boi się jedzenia. To takie... wyzwalajace :).

Cieszymy się właśnie ostatnimi dniami lata, postanowiłam więc wrócić do mocno cytrusowego przepisu na jogurtowe ciasto autorstwa Iny, który już kilkakrotnie wypróbowałam w przeszłości. Lubię do niego wracać, bo cudownie smakuje z kubkiem gorącej herbaty :).
Przepis jest banalnie prosty, a ciasto można wykonać bez użycia miksera. Całość zajmuje jakieś pół godziny, a w efekcie możemy się cieszyć ciastem, które jest lekkie, wilgotne, wspaniałe jako prosty aczkolwiek efektowny deser. 
Powinno być pieczone w podłużnej keksówce, ale ja eksperymentuję z różnymi formami do pieczenia. Ponieważ nie miałam w domu świeżej cytryny, gdy przygotowywałam ciasto, wykorzystałam do niego suszoną skórkę cytryny i naturalny olejek pomarańczowy. Upieczone ciasto udekorowałam lukrem z soku z cytryny oraz świeżą skórką cytrynową
Najlepiej podawać je z lekko kwaskowatymi owocami, np. malinami czy borówkami. 
Koleżanki w pracy zachwycały się nim, więc mogę zupełnie szczerze napisaćże jest pyszne!

A oto link:

http://www.foodnetwork.com/recipes/ina-garten/lemon-yogurt-cake-recipe/index.html






środa, 28 sierpnia 2013

Praca, jedzenie, praca...

Nie ma sensu bawić się w podchody i udawaćże 'lunchowanie' w stolicy jest tanie.
Problemem większości polskich restauracji jest to, że jedzenie jest mało smaczne, często nienajświeższe i relatywnie drogie. W Warszawie nawet piekielnie drogie. 
Jakiś czas temu niedaleko mojego miejsca pracy otwarto hiszpańską restaurację
M zawsze głodny nowinek (dosłownie!), wyciągnął mnie tam na lunch i jakież było nasze zdziwienie, kiedy za przeciętne jedzenie podane w anorektycznych porcjach, zapłacilismy ponad 80 PLN. Oczywiście są tacy, którym to by nie przeszkadzało, ale my do takich nie należymy ;).
Można oczywiście ratować się pobliskim kebabem (bo zawsze jakis jest blisko), albo nieśmiertelną pizzą, ale te wybiegi powinny być stosowane jedynie w sytuacji zagrożenia ;)... brakiem lunchu w ogóle, bo wiadomo, że przy długich godzinach pracy nie jest to wskazane. Cóż więc robić? Odpowiedź jest wbrew pozorom banalnie prosta! Przygotowywać własny lunch i zabierać do pracy. To naprawdę najtańsza i najzdrowsza opcja.

Niniejszym przedstawiam jeden z pomysłów na szybki i przepyszny lunch - tartletki!
Mają tę świetną cechęże spody można upiec wcześniej i przechowywać do tygodnia (oczywiscie w szczelnie zamknietym opakowaniu). Na dodatek istnieje bardzo prosty sposób na urozmaicenie ich smaku poprzez dodanie do ciasta musztardy, curry czy słodkiej papryki.
Nadzienie może być oczywiście dowolne. Ja akurat bardzo lubię karmelizowaną czerwoną cebulę i kozi ser z przepisu u dołu postu. Bez problemu można je zastąpić gotowanymi warzywami z sosem beszamelowym czy innym dowolnym nadzieniem.
To naprawdę dziecinnie proste.

Smacznego!













wtorek, 27 sierpnia 2013

Cebularze w mojej głowie.

Czy cebularze są popularne w Warszawie? 
Chyba nie, bo nie pamiętam, abym widziala je w jakiejkolwiek piekarni. Szkoda, bo są pyszne i znakomite jako szybka przekąska. Najbardziej lubię te maślane, puszyste w środku i z chrupiącą, złocistą skórką.

Na szczęście pochodzę z miasta, w którym cebularz jest stałym gościem w domu, a ponadto w internecie są tak cudowne zródła przepis
ów, jak blog Kwestia Smaku, więc można je mieć prawie na zawołanie, świeżutkie i pachnące, także w stolicy.

Poniżej zamieszczam link do przepisu, choć przepis jak zwykle ciut zmodyfikowałam i teraz za nic w świecie nie pamiętam jak? Tak to jest, kiedy nie utrwala się swoich dokonań na piśmie ;). Obiecuję poprawę, a na razie odsyłam wszystkich zainteresowanych do Kwestii Smaku!

PS. To właściwie wątek archiwalny, bo te przepyszne cebularze już dawno zostały zjedzone, ale zdjęcia pozostały i kuszą. Myślęże jutro znowu spróbuję je upiec.


A to jeszcze obiecany link:


http://www.kwestiasmaku.com/kuchnia_polska/drozdzowe_wypieki/cebularze/przepis.html









poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Infiltracja Filtrów, czyli podróż do krainy kawy...

Lwią część wczorajszego dnia spędziliśmy w domu i dopiero późnym popołudniem wyszliśmy 'na miasto' ;). W lodówce pustki, ale M ma tę cudowną właściwość, że potrafi wykreować pyszne dania z niczego.
Poniżej zapiekane pitty z serem, pomidorami i cukinią.


M nalegał na odwiedzenie Filtry Cafe, bo podobno to Mekka kawoszy ;).
Kiedy tam dotarliśmy lokal był prawie pusty. Jeden pan krecił się przy ekspresie (barista?), drugi układał na nim czyste filiżanki, a my siedzieliśmy i siedzieliśmy... o 'suchym pysku'. Próbowaliśmy zamówić coś przy barze, ale odesłano nas do stolika. Podobno ktoś miał się nami zająć, ale minęło kolejnych kilkanaście minut i żaden super bohater się nie pojawił, więc musieliśmy jeszcze raz o sobie przypomnieć. 
Bardzo lubię wyluzowanych ludzi, ale nie chcę się czuć w kawiarni jak piąte koło u wozu. Zero komunikacji, zero chemii. Może panowie mieli zły dzień?

W końcu udało się nam zamówić małe latte (całkiem słusznych rozmiarów) i lemoniadę. Kawa aksamitna w smaku (100% arabiki z Etiopii), nie przepalona, dobrze zaparzona i ładnie podana ale letnia (!). Pan mętnie tłumaczył, że tak trzeba. Mnie się jednak wydaje, że sztuką jest mleka nie przegotować, ale też podać kawę gorącą. Lemoniada była bardzo dobra. Prawdziwa mięta w dużej ilości, do tego dwa duże kawałki cytryny, lekko gazowana woda, a wszystko to podane przyzwoicie schłodzone.