sobota, 31 sierpnia 2013

Przepraszam, to tu!

Bywa, że miejsce staje się ofiarą własnej popularności. Warszawa pełna jest klubokawiarni, które albo właśnie są 'trendi' albo wychodzą z mody. Co chwilę też, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowe miejsca, a sądząc po okupujących je tłumach ciągle jest ich jakby za mało
W Pardon To Tu bywałam, kiedy miejsce było jeszcze naprawdę mało popularne, żeby nie napisać – nieznane. W czwartek wieczorem postanowiłam odwiedzić je znowu, trochę z ciekawości, a trochę na potrzeby bloga.

Miejsce do siedzenia na zewnątrz zdecydowanie się rozrosło, wprost proporcjonalnie do tego ile stolików i krzeseł ubyło ze środka. Piękny ciepły wieczór, w tle trwający festiwal Kultury Żydowskiej. Po prostu miejsce idealne.
Zamówiłam cydr i siadłam przy jednym z 3-4 stolików znajdujących się wewnątrz. Dookoła mnie rozpościerała się jak okiem sięgnąć pusta podłoga. Pod ścianami jakby od niechcenia przycupnęło kilka stolików. Czułam się ciut nieswojo, bo wokół mnie kłębili się ciągle jacyś ludzie, chyba głównie turyści. Pusta przestrzeń dookoła stolika zachęcała do stawania i rozglądania się. Może nawet mogłabym uznać, że byłam częścią performance'u Mariny Abramowic i tak po prostu miało być, z tym że jej za gapienie się tłumów płacą, a tu ja płaciłam za to, że na mnie się gapiono. Niby mała rzecz, a naprawdę robi kolosalną różnicę ;).
Obsługa miła i w miarę zorientowana na klienta, bo Pardon To Tu reprezentuje przyzwoity poziom. Przydałoby się trochę uśmiechu, ale jak piszę, właściwie nie ma na co narzekać.
Miejsce na wskroś kulturalne, do wyboru do koloru – koncerty, księgarnia, sklep z płytami. Każdemu według potrzeb. A na dodatek sprzedają własne przetwory!




Zamówiłam focaccię z karczochami i papryką, i zaświadczam wszem i wobec – focaccia w Pardon to Tu jest dzisiaj równie dobra jak przed wiekami. Cienkie, dobrze wypieczone ciasto i ogromna ilość warzyw. Pyszna!



Jedna uwaga, a wlaściwie dwie – przygotowywanie jedzenia gołymi rękami oraz nieprzykrywanie go niczym, choćby kawałkiem pergaminu, jest ciut passe. Przy barze kłębią się ludzie, ktoś moze kichnąć, ktoś moze kaszlnąć, po kawiarni biegają psy... Wiadomo o co chodzi.


Na deser zjadłam ciasto ze śliwkami i przyznam, że było bomba! Zdecydowanie najlepsze ciasto ze śliwkami, jakie jadłam od wielu lat, a ja naprawdę jestem wybredna. Przyzwoita porcja w przyzwoitej cenie. Miękkie, wilgotne, z rozpadającymi się w ustach owocami, nadmienię że z prawdziwymi śliwkami a nie konfiturą. Nie za słodkie, nie za kwaśne, po prostu idealne.



Dla pewności wczoraj poszłam tam jeszcze raz (zaciągnęłam koleżankę ;)), zjadłam tę samą focaccię i to samo ciasto, i tym razem popiłam je Yerbatą. Nadal były genialne, więc to nie sprawka cydru ;).

czwartek, 29 sierpnia 2013

Cytrusowy zawrót głowy :)

Dzisiaj będzie o Inie Garten, którą skrycie uwielbiam, jako że jest kobietą, która nie boi się jedzenia. To takie... wyzwalajace :).

Cieszymy się właśnie ostatnimi dniami lata, postanowiłam więc wrócić do mocno cytrusowego przepisu na jogurtowe ciasto autorstwa Iny, który już kilkakrotnie wypróbowałam w przeszłości. Lubię do niego wracać, bo cudownie smakuje z kubkiem gorącej herbaty :).
Przepis jest banalnie prosty, a ciasto można wykonać bez użycia miksera. Całość zajmuje jakieś pół godziny, a w efekcie możemy się cieszyć ciastem, które jest lekkie, wilgotne, wspaniałe jako prosty aczkolwiek efektowny deser. 
Powinno być pieczone w podłużnej keksówce, ale ja eksperymentuję z różnymi formami do pieczenia. Ponieważ nie miałam w domu świeżej cytryny, gdy przygotowywałam ciasto, wykorzystałam do niego suszoną skórkę cytryny i naturalny olejek pomarańczowy. Upieczone ciasto udekorowałam lukrem z soku z cytryny oraz świeżą skórką cytrynową
Najlepiej podawać je z lekko kwaskowatymi owocami, np. malinami czy borówkami. 
Koleżanki w pracy zachwycały się nim, więc mogę zupełnie szczerze napisaćże jest pyszne!

A oto link:

http://www.foodnetwork.com/recipes/ina-garten/lemon-yogurt-cake-recipe/index.html






środa, 28 sierpnia 2013

Praca, jedzenie, praca...

Nie ma sensu bawić się w podchody i udawaćże 'lunchowanie' w stolicy jest tanie.
Problemem większości polskich restauracji jest to, że jedzenie jest mało smaczne, często nienajświeższe i relatywnie drogie. W Warszawie nawet piekielnie drogie. 
Jakiś czas temu niedaleko mojego miejsca pracy otwarto hiszpańską restaurację
M zawsze głodny nowinek (dosłownie!), wyciągnął mnie tam na lunch i jakież było nasze zdziwienie, kiedy za przeciętne jedzenie podane w anorektycznych porcjach, zapłacilismy ponad 80 PLN. Oczywiście są tacy, którym to by nie przeszkadzało, ale my do takich nie należymy ;).
Można oczywiście ratować się pobliskim kebabem (bo zawsze jakis jest blisko), albo nieśmiertelną pizzą, ale te wybiegi powinny być stosowane jedynie w sytuacji zagrożenia ;)... brakiem lunchu w ogóle, bo wiadomo, że przy długich godzinach pracy nie jest to wskazane. Cóż więc robić? Odpowiedź jest wbrew pozorom banalnie prosta! Przygotowywać własny lunch i zabierać do pracy. To naprawdę najtańsza i najzdrowsza opcja.

Niniejszym przedstawiam jeden z pomysłów na szybki i przepyszny lunch - tartletki!
Mają tę świetną cechęże spody można upiec wcześniej i przechowywać do tygodnia (oczywiscie w szczelnie zamknietym opakowaniu). Na dodatek istnieje bardzo prosty sposób na urozmaicenie ich smaku poprzez dodanie do ciasta musztardy, curry czy słodkiej papryki.
Nadzienie może być oczywiście dowolne. Ja akurat bardzo lubię karmelizowaną czerwoną cebulę i kozi ser z przepisu u dołu postu. Bez problemu można je zastąpić gotowanymi warzywami z sosem beszamelowym czy innym dowolnym nadzieniem.
To naprawdę dziecinnie proste.

Smacznego!













wtorek, 27 sierpnia 2013

Cebularze w mojej głowie.

Czy cebularze są popularne w Warszawie? 
Chyba nie, bo nie pamiętam, abym widziala je w jakiejkolwiek piekarni. Szkoda, bo są pyszne i znakomite jako szybka przekąska. Najbardziej lubię te maślane, puszyste w środku i z chrupiącą, złocistą skórką.

Na szczęście pochodzę z miasta, w którym cebularz jest stałym gościem w domu, a ponadto w internecie są tak cudowne zródła przepis
ów, jak blog Kwestia Smaku, więc można je mieć prawie na zawołanie, świeżutkie i pachnące, także w stolicy.

Poniżej zamieszczam link do przepisu, choć przepis jak zwykle ciut zmodyfikowałam i teraz za nic w świecie nie pamiętam jak? Tak to jest, kiedy nie utrwala się swoich dokonań na piśmie ;). Obiecuję poprawę, a na razie odsyłam wszystkich zainteresowanych do Kwestii Smaku!

PS. To właściwie wątek archiwalny, bo te przepyszne cebularze już dawno zostały zjedzone, ale zdjęcia pozostały i kuszą. Myślęże jutro znowu spróbuję je upiec.


A to jeszcze obiecany link:


http://www.kwestiasmaku.com/kuchnia_polska/drozdzowe_wypieki/cebularze/przepis.html









poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Infiltracja Filtrów, czyli podróż do krainy kawy...

Lwią część wczorajszego dnia spędziliśmy w domu i dopiero późnym popołudniem wyszliśmy 'na miasto' ;). W lodówce pustki, ale M ma tę cudowną właściwość, że potrafi wykreować pyszne dania z niczego.
Poniżej zapiekane pitty z serem, pomidorami i cukinią.


M nalegał na odwiedzenie Filtry Cafe, bo podobno to Mekka kawoszy ;).
Kiedy tam dotarliśmy lokal był prawie pusty. Jeden pan krecił się przy ekspresie (barista?), drugi układał na nim czyste filiżanki, a my siedzieliśmy i siedzieliśmy... o 'suchym pysku'. Próbowaliśmy zamówić coś przy barze, ale odesłano nas do stolika. Podobno ktoś miał się nami zająć, ale minęło kolejnych kilkanaście minut i żaden super bohater się nie pojawił, więc musieliśmy jeszcze raz o sobie przypomnieć. 
Bardzo lubię wyluzowanych ludzi, ale nie chcę się czuć w kawiarni jak piąte koło u wozu. Zero komunikacji, zero chemii. Może panowie mieli zły dzień?

W końcu udało się nam zamówić małe latte (całkiem słusznych rozmiarów) i lemoniadę. Kawa aksamitna w smaku (100% arabiki z Etiopii), nie przepalona, dobrze zaparzona i ładnie podana ale letnia (!). Pan mętnie tłumaczył, że tak trzeba. Mnie się jednak wydaje, że sztuką jest mleka nie przegotować, ale też podać kawę gorącą. Lemoniada była bardzo dobra. Prawdziwa mięta w dużej ilości, do tego dwa duże kawałki cytryny, lekko gazowana woda, a wszystko to podane przyzwoicie schłodzone.









niedziela, 25 sierpnia 2013

Koniec lata.

Koniec lata okazuje się być początkiem naszego bloga :).
Wybraliśmy się wczoraj na Targ Sniadaniowy. Obowiązkowym punktem programu były jak zawsze lody (Lodove) i pizza (Jak u Mammy).



Niestety nie znalazłam mojej ulubionej pani od kozich serów i to była akurat przykra niespodzianka :(. Kupiłam za to chlebek pieczony na liściu chrzanu, snaki marchewkowe (widoczne na zdjęciu w prawym górnym rogu), a do dekoracji jeszcze wrzosy i lawendę.




W drodze do domu odwiedziliśmy Ministerstwo Kawy. 
Bardzo miła obsługa, niezłe winko w przyzwoitej cenie. Nastrojowy klimat. 

Kawa? 
'Cold brew' ciekawe w smaku, kwaskowate, lekko alkoholowe, bo sfermentowane (na trzecim zdjeciu obok latte). M lubi takie eksperymenty.





Cappuccino bez pianki, zimne. Latte na zimno niestety z niewyczuwalną nutą kawy. Bardziej zabrudzone mleko niż kawa na zimno. Pomimo wszystko fajne miejsce.



Wieczorem kolacja przygotowana przez M. 
Pyszności.






A na deser przepyszne bezowe babeczki z Vanilli. Malinowe i pistacjowe. Mniam.



Obowiązek pierwszego postu.

Obowiązek pierwszego postu został niniejszym spełniony :).