poniedziałek, 16 września 2013

Cześć, dajcie coś zjeść! ;)

Kilka miesięcy temu natknęłam się na Grzybowskiej na nową klubokawiarnię o miło brzmiącej nazwie 'Cześć', ale na lunch trafiłam tam dopiero niedawno. Miejsce na przekąskowy biznes idealne, jako że położone w biurowym zagłębiu Warszawy. 
Wystrój raczej typowy dla klubokawiarni, niedbały i na luzie. 
Osobiście myślę, że przydałoby się nieco rozjaśnić wnętrze, bo samo umiejscowienie w bramie sprawia, że wpada tam mało swiatła. 

 

 

Na wstępie zaskoczył mnie niewielki wybór przekąsek. Z zup do wyboru było jedynie… leczo z wkładką mięsną. Po namyśle zamówiłam małe pannini z tuńczykiem i rukolą. Zapytana o sos, wybrałam łagodny i już po chwili na stoliku pojawiło się panini. 

Chciałabym napisać o nim coś dobrego, więc zacznę  może od tego, że nie było niesmaczne… Trudno byłoby je jednak określić jako pyszne. Ot, chrupiąca bułka z tuńczykiem, kilkoma plasterkami pomidora i rukolą. Zabrakło przysłowiowej kropki nad 'i', tajemniczego składnika, który zamieniłby chrupiącą bułkę w skończone danie. Może odrobina czerwonej cebuli, może kilka oliwek, kapary? A może odrobina suszonego pomidora w oleju, żeby podkręcić smak? 
Rozumiem też, że jedynie duże pannini jest podawane z sałatką, ale kilka listków bazylii czy odrobina kiełków do ozdoby zdecydowanie nie zaszkodziłyby wizualnie kanapkom.
Sos podany do pannini okazał się raczej ostry niż łagodny, ale na plus muszę zaliczyć fakt, że był to prawdziwy sos pomidorowy i za to niech będzie im chwała ;).



Kawa była naprawdę dobra, choć przyznaję, że można by poprawić sposób jej podania, bo osobiście nie znoszę, kiedy pianka w latte jest beżowa a nie mleczna. Przypomina mi to zimowe roztopy i nie jest to pozytywne skojarzenie.
Obsługa miła, zaangażowana. Niezły wybór ciekawych piw, ale oczywiście w godzinach lunchu mogłam jedynie obejść się smakiem.
Miejsce naprawdę ma potencjał, ale na lunch tam zbyt prędko nie wrócę ;).

sobota, 7 września 2013

Włoskie zmigdalenie.

Po sernikach w słoikach nabrałam ochoty na więcej
Wprawdzie mam sprawdzony przepis na pyszne sernikobrownie, ale tym razem miałam ochotę na coś delikatniejszego, waniliowego... 
Ponieważ ostatnio jestem bardzo zajęta, zastanawiałam się czy zakup sernika nie byłby najłatwiejszą opcją. Zapewne byłby, gdybym wiedziała, gdzie w Warszawie można trafić na naprawdę dobry serowy wypiek, ale to zaiste nie jest takie proste... W stolicy stołujemy się słodyczowo w dwóch cukierniach, ale jedna z nich specjalizuje się głównie w ciastach bezowych i tortowych a druga, choć ma znacznie bogatszą ofertę, rozczarowała nas ostatnio okrutnie croissantami z migdałami, które były zupełnie niejadalne. Sprzedaż takich wypieków powinna byc karalna. Serio.
Dlatego, choć przedsiewzięcie ze względu na całkowity brak czasu było dość karkołomne, postanowiłam sama upiec sernik.

Po krótkich poszukiwaniach mój wybór padł na sernik z ricotty z migdalami i wanilia. Przepis oczywiście znalazłam na Kwestii Smaku.

Bardzo lubię ciasta, których pieczenie wymaga mało gimnastyki, a rezultatem jest wypiek jak z najlepszej cukierni w miescie. Sernik z ricotty z migdałami jest właśnie takim typem ciasta. Przygotowanie spodu jest niezwykle proste, a wykonanie masy serowej jeszcze łatwiejsze. A sam wypiek? Rezultat zwala z nóg i tak właśnie być powinno!

Na zdjęciach widaćże nie pozwoliliśmy mu poleżeć w lodówce. Schłodzony kroi się duuużo lepiej ;). 
Ciasteczka widoczne na zdjęciach to amaretti, z których wykonana jest baza sernika. Warto się w nie zaopatrzyć, choćby jedynie dla tego przepisu, bo dają temu ciastu naprawdę niezwykły smak.

Smacznego!


niedziela, 1 września 2013

Rarytasy zostały w domu...

Mysia w Warszawie to adres typowo modowy. Pod nr 3 znajduje się luksusowy dom handlowy osadzony w nowoczesnych industrialnych wnętrzach. 
Jak wiadomo, moda i jedzenie zwyczajowo się wykluczają, ale nie tym razem, kiedy to na Mysiej odbywał się mini festiwal jedzenia Rarytasy Spod Lady.
Dowiedziałam się o tym stosunkowo późno (drugiego a zarazem ostatniego dnia wydarzenia), ale postanowiłam wpaść choćby na chwilę, bo okazji do poznania nowych smaków nie należy ignorować ;).

Być może to co tam dzisiaj zostałam, to były już popłuczyny festiwalu, ale przyznaję - działo się raczej niewiele. Zapowiedzi szumne, a na miejscu niewielki wybór cydru i do
ść drogiego wina, burgery, kanapki, serniki w słoikach (to swoją drogą fajny pomysł na słodką przekąskę!) i kilka wegańskich dań. No i kawa oczywiście, na szczęście dobra. Uffff...
Nic nie kusiło, nic nie nęciło. Nie znalazłam tam żadnej smakowitej prowokacji, a szkoda, bo odrobina prowokacji w modzie i w jedzeniu nie zaszkodzi. 
Miałam nadzieję na więcej, ale być może to nie ostatni taki festiwal w tym miejscu?
I niech to nie będzie mini festiwal, bo wydaje się, że w tym sezonie jest moda na maxi ;).